Byłam, obejrzałam i...
i mam mieszane uczucia.
Z jednej strony wielkie hurra, bo w kinach sama chała, więc seans naładowany ciekawą i zabawną historią, z świetnie dobraną obsadą i oszałamiającymi efektami, jest czymś co tygryski lubią najbardziej.
Ale z drugiej strony, oglądając dzieło Abramsa trudno nie odnieść wrażenia, że to już nie TEN Star Trek.
O co chodzi? Ano między innymi o maksymalne spłycenie fabuły.
Rozumiem, że przedstawienie postaci i ogólny zarys fabuły trzeba wprowadzić w XXI wiek i urozmaicić (sprawdzoną) formułę aby była strawna dla potencjalnych fanów, ale nie powinno się to odbywać kosztem ponad 30 lat istnienia uniwersum.
Największym ała jest zawarte w filmie przesłanie, które zamiast to boldly cross where no man had crossed before i dalej kontynuować eksplorację kosmosu czy poddawać w wątpliwość etyczne aspekty decyzji podejmowanych przez załogę, zostało zastąpione historyjką buntownik bez powodu staje się bohaterem i maratonem po kasę. No plis.
Film oczywiście nadal ogląda się przyjemnie, ale jest kilka rzeczy, które powodują zgrzytanie zębów:
1. Czarna dziura to nie tunel czasoprzestrzenny! Nigdy takowym nie była i nie będzie choćbyśmy stanęli na głowie. NO FUCKIN` WAY. Cokolwiek zostanie wchłonięte przez czarną dziurę zostanie tam na wieki wieków, dopóki Czarna dziura nie wypromieniuje z siebie energii (analogicznie do zwykłych gwiazd z tą różnicą, że jak czarna dziura 'ginie' to robi to z hukiem ;)).
2. Rozpieprzenie dotychczas istniejącej linii czasowej. Ok, przyjmijmy, że jakimś cudem można sobie podróżować przez czarne dziury. Luz. Ale jakim prawem można posyłać w chmury lata budowanych przez kupę ludzi, uniwersum Star Treka?! To cholerne pójście na łatwiznę, bo wnioskuję, że Abrams nie miał lepszego pomysłu i po prostu nie umiał się dostosować do kanonu ogólnie akceptowanego.
Jedyne co pozostaje w obecnej chwili, to zaakceptowanie istnienia alternatywnych Wszechświatów, bo przy takim burdelu, żadne specjalne oddziały naprawiające historie nie pomogą, a jak mniemam, rozwalenie Kelvina i ocalenie 800 ludzi nieźle mogło namieszać.
Ale miało to jeden pozytyw, któremu ja się nie sprzeciwiam: 'parowanie' Spock-Uhura. Ładne, zgrabne i przyjemnie się na to patrzy^^. Brawo dla młodych :D
3. Czerwona materia. Takie dziwne coś co stworzono (ewidentnie) na potrzeby filmu. I apropo niej nie było ani jednego pseudonaukowego bełkotu/dialogu! Zero, null, nic. A przydałoby się. No chociaż jakieś zaprzeczenie ze strony młodego Spocka, że takie takie coś jest niemożliwe do stworzenia.
4. Jak jedna supernova może zagrozić CAŁEJ galaktyce w tak krótkim czasie? Przecież zanim 'fala uderzeniowa' minie w huja dużo czasu i pięć razu będzie można ewakuować takie planety jak Romulus.
5. Budowa Enterprise na Ziemi. Ekhm, nie jestem ekspertem i w sumie ten szczegół aż tak bardzo mi nie przeszkadza, co nie zmienia faktu, że wyniesienie takiego kolosa na orbitę, nie wspominając już o trudnościach w budowie spowodowanej grawitacją, byłoby cholernie nielogicznymi przedsięwzięciami.
Jeszcze jedna rzecz mnie wkurzyła: zmarnowanie Erica Bany jako Nero (nemezis Spocka) i Winony Ryder jako Amandy Grayson (matka Spocka). Równie dobrze mogliby dać tam tostery - nikt by się nie zorientował :/
Wszytko inne IMHO było super^^.
Np. obsada: Spock Zachary'ego Quinto był nazbyt emocjonalny (ach te duże, cielęce oczka), to reszta, szczególnie Chris Pine jako James T. Kirk, był zdumiewająco dobry i odpowiednio łączył w sobie pewność siebie, buntowniczość oraz humor.
Sulu (John Cho) miał kilka problemów ze startem, ale z mieczem już sobie lepiej radzi (nie, nie miał miecza świetlnego)
A już moimi ulubionymi scenami były te pomiędzy Kirkiem a McCoyem (Karl Urban) oraz Kirk-Spock czy cała historia związana z pierwszym imieniem Uhury (Zoe Saldana), która była świetnym motywem napędzającym fabułę.
Pomimo tych wszystkich minusów, byłam na filmie już dwa razy i coś mi mówi, że chyba jeszcze raz się wybiorę.
Dlaczego?
Bo to świetna rozrywka, dla całej rodziny oraz każdego, kto lubi widowiskowe kino nie dające choć na chwilę wytchnąć.